Workation? Ale co to właściwie?
Workation to ani nie praca ani nie wakacje – bez sensu…
Hmmm nie zliczę już chyba ile razy słyszałam taką opinie, że to workation to taki marketingowy wymysł działu HR, aby przyciągnąć ludzi do firmy i pokusić nowymi benefitami.
Sama temat workation poznałam zaraz na początku swojej drogi na freelansie. Zatrudniłam się w agencji rekrutacyjnej jako freelancer na zlecenie i tam mocno promowali workation.
Niestety, jako freelancer nie miałam szans dostać się na listę. Albo inaczej – nie sądziłam, że kiedykolwiek doczekam się mojej kolejności na długiej liście chętnych i tak zaczęłam rozkminiać temat tego workation.
W sumie od dłuższego czasu już jeździmy z pracą (ja na macierzyńskim nie pracowałam, ale jeździliśmy z pracą męża wszędzie). Potem nawet proces rekrutacyjny w agencji miałam w trasie, plus rozpoczęcie pracy też było chyba na Bari z tego co dobrze pamiętam?
Natomiast bardzo spodobało mi się nazwanie tego wprost.
Kolejnym przełomem było spotkanie z koleżanką, którą poznałam po pewnym wydarzeniu w Krakowie i podczas tej rozmowy sama powiedziałam głośno że ja nie jeżdżę na workation, ja żyję na workation. I tak nadal jest.
Czym w skrócie jest workation?
To połączenie wakacji i pracy. Jedziesz gdzieś w fajne i ciekawe miejsce, wykonujesz swoją pracę zdalnie, a po pracy korzystasz z okolicznych atrakcji.
U mnie ten model jest troszkę odwrócony, bo ja pracuję mniej więcej do 12.00 a później po 19.00 nadrabiam czego nie udało mi się zrobić rano.
Nie jest ważne gdzie jestem, ani z kim obecnie pracuje. Przeważnie każdy nasz wyjazd jest połączony z pracą. Oczywiście planujemy też urlopy – gdy totalnie wyłączamy się z pracy. Jeździmy bardzo często w różne miejsca. W zasadzie cały rok mamy co robić i cały rok jeździmy za naszymi jakimiś małymi przyjemnościami. Nie ważne czy to jest deska snowboardowa i całą zimę jeździmy za śniegiem, czy to jest lato i śmigamy przyczepą kempingową nad wodę po całej Europie, czy to jest wiosna i rowery, i SUPy, czy jesień i urlop na drugim końcu świata. Workation to wyjazdy, na które zabieramy swoją pracę, czyli swoje laptopy.
Każdego dnia patrzymy najpierw w kalendarz. Jakie dziś mamy spotkania? Jak musimy się do tego przygotować? Pomiędzy wykorzystujemy pogodę bez względu na to gdzie jesteśmy, a wieczorem i rano, kiedy świat już śpi, albo powoli budzi się do życia – my ciśniemy przy kompach 🙂
To nie jest tak, że jeździmy i żałujemy, że nie mamy całego dnia wolnego, tylko musimy siedzieć przy pracy. Ja podchodzę do tego inaczej. Gdy jest lato a córka nie ma przedszkola, więc i tak jest z nami – wolę spędzać z nią czas na świeżym powietrzu nad wodą, niż w bloku w centrum miasta na 7 piętrze gdzie obecnie mieszkamy.
Na urlop i tak staramy się wyjeżdżać. Czasami uda nam się tak ogarnąć projekty, żeby być na tzw. stand-by, i wtedy jest łatwiej korzystać z pogody, ale to zdarza się niestety rzadko.
Co nam dają wyjazdy na workation?
Energię i endorfiny. Kochamy sporty wodne, rowery, snowboard. Kochamy naturę i przyrodę. Dlatego naszym priorytetem jest spędzać czas wolny tak jak lubimy. Mamy zupełnie inną energię do życia, do pracy, do siebie. Mamy super atrakcyjne dni, nawet gdy trzeba pracować. Doświadczamy i poznajemy ciągle nowe fantastyczne osoby, które bardzo nas inspirują.
Dużo więcej możliwości na spędzanie aktywnie czasu.
Czy to nie męczy?
Zależy. Ostatnie workation dało nam mocno po dupie przez mało przewidziane sytuacje, ale generalnie ja lubię życie na walizkach. Wieczna pakowanie i rozpakowywanie – mi to sprawia naprawdę ogromna przyjemność! I póki nie mamy obowiązku szkolnictwa u młodej, i póki nam się chce – robimy to, na co mamy ochotę. Jeżdżąc na małe lub większe tripy, za różnymi naszymi pasjami przez cały rok.
Na workation można też wyjeżdżać na etacie, warto pomyśleć jak to ogarnąć.
Polecam 🙂

